Skoki z adrenaliną

Może trochę adrenaliny? Skoki ze spadochronem?

3 dni szkolenia: nauka o chmurach, prędkościach wiatru, sprzęcie, odpowiedniej pozycji, lądowaniu, składaniu spadochronu… Wysłuchanie historii o wypadkach (także tych śmiertelnych),o wszelkich sytuacjach jakie mogą spotkać nas w powietrzu, wtedy będziemy zdani tylko na siebie i swoją wiedze, chociaż wszystko dzieje się tak szybko, że zachowania wydają się być instynktowne.
„Spokojnie, po 2000 skoku nie będziecie się już stresować.” – słowa pocieszenia od instruktora… Najważniejsze do zapamiętania: dwa pociągnięcia, najpierw prawą ręką , aby odczepić źle rozłożony spadochron, lewą ręką, aby otworzyć zapasowy.

W samolocie (Antonow zwany Antkiem) kolejne pocieszające słowa: Jak się nie boisz to znaczy, że powinieneś udać się do lekarza. (Przynajmniej wiedziałam, że jestem zdrowa), na górze każdy z nowych próbuje opanować swój strach, ludzie skaczący od lat, nasi opiekunowie, nie pomagają, to nie sport dla przewrażliwionych ludzi, poczucie humoru trzeba mieć i nie zrazić się, gdy usłyszysz, że twój spadochron i tak się nie otworzy.

1200 metrów nad ziemią. Kolejność ustalona została według wagi, byłam ostatnia. Miałam najwięcej czasu na te wszystkie okropne objawy stresu. Pikawa chodzi w zastraszającym tempie, i pytanie: co ja tu właściwie robię? Obserwuje jak kolejne osoby wyskakują i w ułamku sekundy zostają zdmuchnięci przez powietrze. Wszystko uwiecznia kamera. Teraz moja kolej, linka podpięta, nie mogę, nie chce się wycofać. Podchodzę do krawędzi, przybieram właściwą pozycję i niepotrzebnie patrzę w dół.. chwila zawahania, głęboki oddech, pokazuję gestem instruktorowi, ze jest ok i… Nie pamiętam co się działo przez następne 3 sekundy, czekałam tylko na szarpnięcie przez otwierający się spadochron. Otworzył się. Przede mną horyzont. Zawisłam w powietrzu, widok zachwycający, słońce było już nisko, efekt zapierający dech, niedowierzałam. Słyszałam tylko wiatr .. i głos instruktora przez walkie-talkie: wszystko ok, ok, odpowiednia pozycja, przed tobą jeszcze lądowanie. Ale od ziemi dzielił mnie jeszcze kilometr. Po mniej więcej 4 minutach trzeba było lądować. Wszystko, no prawie wszystko poszło zgodnie z planem. Gdy już stanęłam na ziemi podmuch powietrza napełnił czaszę spadochronu pociągnął mnie do tyłu, przejechałam na trawie jakieś 5 metrów. I tak miałam szczęście jednego kolegę spotkało to samo tylko na betonie. Plamy po trawie się nie sprały ze spodni ale warto było. Emocje nie do opisania, pamiętam, że cieszyłam się jak dziecko. Następnego dnia wyskoczyłam z samolotu jeszcze dwa razy, stres był jeszcze większy… Polecam!