Centrum wszechświata w podtarnowskiej Pleśnej

– Choć wiele mówi się dziś o potrzebie utrwalania pamięci historycznej, żyjemy w czasach zabijania historii – mówi Agnieszka Partridge, dziennikarka, która postanowiła ocalić pamięć o dziejach swojej rodzinnej miejscowości.

plesna-jakiej-juz-nie-ma

Położona 10 km na południe od Tarnowa, Pleśna jest spokojną małopolską wsią. Jak wiele innych miejscowości ma swój utarty rytm, znajome twarze i budynki. Wiek XX był dla niej próbą: przetoczyły się przez nią dwie wojny i zmiany ustrojowe. Przeżywała także narodziny i pogrzeby swych mieszkańców, jej drogami przewędrowało wiele znanych i mniej znanych postaci, którzy stworzyli jej historię – także Agnieszka Partridge, historyk sztuki i dziennikarka połączona z Pleśną wspomnieniami z dzieciństwa. W listopadzie 2013 roku, chcąc uratować ulotną historię tego miejsca, pani Agnieszka wydała fotograficzno-literacką monografię miejscowości.

ROZMOWA

Monika Widła: Pleśna, jakiej już nie ma to bardzo szczególna monografia. Historia i polityka przeplata się tutaj z życiem społecznym, obrzędami, opowieściami o bohaterach życia codziennego. Jak wyglądało zbieranie materiału do książki?

Agnieszka Partridge: Informacji szukałam u źródeł – w sumie odwiedziłam ponad 70 rodzin pleśnieńskich. Zbierałam zdjęcia, część znalazłam także we własnych, rodzinnych archiwach. W wolne weekendy wyjeżdżałam do Pleśnej, podążałam od domu do domu zbierając materiały, a później sama je skanowałam i katalogowałam. Zdjęć uzbierało się całkiem sporo, bo ponad 700, musiałam więc przeprowadzić ścisłą selekcję materiału, który miał trafić do publikacji. Pomocne okazały się być kroniki, artykuły z gazet, również prace magisterskie poświęcone tym terenom. Przeprowadziłam także kwerendy w archiwach krakowskich i tarnowskich. Korzystałam z kroniki Gminy Pleśna, którą pisał przez wiele lat mój ojciec, czy Kroniki Gminnej Biblioteki Publicznej, prowadzonej przez moją babcię.

Więc kronikarstwo ma pani w genach?

Można tak powiedzieć. Praca była bardzo interesująca, momentami czułam się jak detektyw. Kompletowanie materiału wciągnęło mnie na dobre, zajęło sporo, bo około trzy lata. Najdłużej trwało zdobywanie zdjęć i relacji. Książka powstała metodą „patchworkową”, ponieważ dane zdobywałam z najróżniejszych źródeł. Dużo czasu zajęło docieranie do nieznanych lub zapomnianych faktów i ułożenie ich w spójną całość. Najszybciej natomiast poradziłam sobie z tekstem, który powstał w cztery miesiące.

Pracowała pani otoczona stosami książek i filiżankami kawy?

Dosłownie. Źródeł, jak wspomniałam wcześniej, było wiele. Korzystałam z parafialnych ksiąg, w których znalazłam wiele informacji o życiu miejscowości. W toku badań odkryłam na przykład, że duża część pleśnieńskich rodzin jest ze sobą w jakiś sposób spowinowacona. Najprzyjemniejsza część mojej pracy? Znaki zapytania, które, udało mi się wyjaśnić. Historia dziedziców Eisenbachów, tragiczne losy rodzin żydowskich, chrześniacy prezydenta Mościckiego, pierwsza miłość Mieczysława Jastruna, to tylko niektóre tematy. Było to prawdziwe odkrywanie zapomnianych kart historii dające ogromną satysfakcję. Rozmawiałam nie tylko mieszkańcami Pleśnej. Próbowałam docierać do rodzin, które dawno już wyemigrowały z kraju, jak np. do potomków żydowskiej rodziny Blattów mieszkających w dziś w Nowym Jorku, do Tomasza Jastruna, syna poety i wielu osób wywodzących się z Pleśnej, mieszkających w całej Polsce.

Pisze pani o Pleśnej jako o świadku przemian politycznych i społecznych. Czy pani zdaniem miejsca niosą ze sobą historię?

Najtrudniej było mi pisać o czasach PRL-u, dorastałam w tamtym dziejowym momencie i wiążę z nim różne wspomnienia. A przecież nie mogłam przekazywać jedynie swego punktu widzenia, musiałam obiektywnie pisać o tym, co się wydarzyło. Tak, zdecydowanie, miejsca niosą ze sobą ogromną dawkę historii, jednak ona nam często umyka. Mijamy codziennie miejsca zabytkowe, niemych świadków wydarzeń, nie zwracając na nie uwagi. Nie zastanawiamy się nad ich wartością i potrzebą ich ocalenia dla innych. Wszystkie moje dotychczasowe projekty związane były z ocaleniem miejsc cennych, ale zapomnianych. Bardzo żałuję, że w Pleśnej nie zachowały się zabytki przeszłości: dwór, drewniany kościółek pamiętający potop szwedzki, stare chłopskie chaty. Mamy co prawda stację kolejową z początku wieku, parę wartościowych nagrobków i kościół projektu Franciszka Mączyńskiego z roku 1930, ale każdy Krakus powie – cóż to za zabytki? Mają niecałe 100, czy 200 lat!

Coś jednak udało ocalić – chociażby wojenne cmentarze z lat 1915-1918. I to dzięki pani pomocy.

Tak, i jestem z tego bardzo dumna. Udało mi się także zidentyfikować grób Franza Hoffera, austriackiego artysty, pochowanego na cmentarzu wojennym w Lichwinie. Zginął w walkach I wojny światowej, ale początkowo o nim zapomniano. Wraz z Krzysztofem Gardułą odnaleźliźmy to miejsce pochówku. Przyczyniłam się także do rozpowszechnienia wiedzy o twórczości artysty poprzez organizację w Polsce czterech jego wystaw.

Wracając do pleśnieńskich zabytków, muszę przyznać, że niestety sukcesywnie były niszczone. Pamiętam dzień, kiedy zapadła decyzja o wyburzeniu dworu, należącego przed II wojną światową do rodziny Wechslerów. Miałam wtedy 14 lat. Był to moment, gdy pomyślałam – trzeba zacząć ratować takie miejsca. I taki był cel mojej pracy – uratować od zapomnienia to, co jeszcze istnieje i zachować dla przyszłości. Zajmuję się obecnie projektem Niechciane piękno, polegjącm na dokumentowaniu zabytkowych, XIX-wiecznych posadzek, na które na co dzień nie zwracamy uwagi. Niestety, mam wrażenie, że choć wiele mówi się dziś o potrzebie utrwalania pamięci historycznej, żyjemy w czasach zabijania historii. Z jednej strony bardzo nam zależy na ocalaniu dawności, ale w rzeczywistości niszczymy jej znaki, stawiamy fasady. Dlaczego? Nie mogę się z tym pogodzić. Stąd moja działalność.

A więc ta książka jest pomnikiem? Chęcią utrwalenia Pleśnej?

Raczej pomniczkiem. Poprzez zachowane fotografie zależało mi na pokazaniu dawnego piękna Pleśnej i zwykłego życia jej mieszkańców poprzez prywatne zdjęcia zamkniete na codzień w prywatnych albumach fotograficznych. Gdy jakieś miejsce jest burzone, niszczone lub gdy umiera człowiek, ich historia ginie, jeśli nie ma nikogo, kto by ją utrwalił. Ta książka powstała po to, aby przypomnieć, jak żyło się kiedyś, aby przywołać ludzi, których już z nami nie ma, bo to wokół nich toczyło się życie miejscowości. Jak chociażby dwie „Siłaczki” – Salomea Gąciarz i Władysława Majak, o których wkładzie w rozwój kultury i edukacji piszę w książce.

Mówi pani o przemijaniu miejsc, osób – jak więc zmieniła się wieś i jej mieszkańcy? Tytuł książki brzmi Pleśna, jakiej już nie ma. A jaka Pleśna jest? Co przeminęło?

Dziś już nie ma tylu upraw zbóż, ziemniaków, kukurydzy, stąd też zanika sąsiedzka pomoc przy żniwach, sadzeniu, czy wykopkach. Bardzo zmienił się krajobraz i architektura. Zniknęły drewniane chaty, a wiejski pejzaż zapełnił się kolorowymi domkami z katalogu. Jest pięknie, domy są zadbane, ale jest już inaczej.
Kiedyś mentalność była zupełnie inna. Sąsiedzi zawsze byli otwarci na nieoczekiwane odwiedziny. Jako dzieci mieliśmy dużo swobody, w niewielkim stopniu nas kontrolowano, jednak nikt tej swobody nie nadużywał. Dziś do każdego trzeba dzwonić, umawiać się. Brakuje tej zwyczajnej ludzkiej spontaniczności. Dawniej na każdym pastwisku widziało się krowy, ziemię uprawiano końmi, po obejściach biegały kury.

To właśnie Pleśna z pani dzieciństwa?

Tak. Była spokojna, moja. Często wspominam letnie dni spędzane nad rzeką Białą. Po kąpieli szliśmy do kiosku na oranżadę. Miało się wrażenie, że ten pieniący się napój sprzedawany w szkalnych „krachlach” mógłby wysadzić nos! Swoją drogą, gdyby nie wojna, bardzo możliwe, że Pleśna stałaby się letniskiem na miarę Krynicy. Latem przybywało wielu wczasowiczów zwanych wtedy „letnikami”. Słone źródła, wzgórza porośnięte lasem, czysta rzeka, dobre powietrze – wszystko to mogło się przyczynić do lepszego wykorzystania walorów tej miejscowości pod względem turystycznym.

A jak na książkę zareagowali Pleśnianie?

Entuzjastycznie. Przed premierą wszyscy pytali – Kiedy wreszcie zobaczymy książkę? Później, gdy w Centrum Kultury w Pleśnej odbyła się pierwsza promocja, mieszkańcy dziękowali, prosili o autografy. Ale tak naprawdę to ja powinnam podziękować im, za pomoc, udostępnione materiały i uśmiech. Bardzo pozytywnie zaskoczyły mnie wiadomości pozostawiane na stronie internetowej książki na Facebooku – zaczęli do mnie pisać ludzie mieszkający w Ameryce, Australii, dawniej mieszkający w Pleśnej lub mający tu swoje korzenie. Bardzo się cieszę, że mogłam przybliżyć im rodzinne strony. Sukcesem jest także fakt, iż książka zostanie zaprezentowana małopolskim wójtom i burmistrzom jako przykład pozytywnego dbania o historię takich małych miejscowości. Wszystkie te miejsca są małymi ojczyznami – wsie, miasteczka, nawet dzielnice, i dla wielu mogą być świetnym tematem publikacji. Moja książka jest opowieścią uniwersalną o miejscu które było piękne i jest piękne, ale się zmieniło.

Olga Tokarczuk pisała, że Prawiek jest miejscem, które leży w środku wszechświata. Czy właśnie takie są małe ojczyzny?

Tak. Dla mnie Pleśna jest takim małym centrum wszechświata. Stamtąd wyszłam, często tam bywam. I być może kiedyś powrócę tam na stałe.

Monika Widła